|
![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() |
melkor69 ...zł... Wszedł do średniej wielkości, czarnego samochodu, nie zwrócił uwagi nawet na markę pojazdu. Wewnątrz siedziała już trójka chłopaków, patrząc z zewnątrz, mężczyzn w kwiecie wieku! Dla Niego jednal bylo chłopakami z podwórka, facetami, z którymi dorastał, dzieliłswe porażki i sukcesy, z którymi rozmawiał poważnie, upijał się, zachowywał nieodpowiedzialnie. Słowem z ludźmi, na których od lat mógł polegać, a oni na Nim. Nie pierwszy raz znaleźli się w takiej konfiguracji w zamkniętym pojeździe, po raz pierwszy pomyślał czy faktycznie tak dobrze się znają. Wyraz twarzy każdego z członków tej nieformalnej organizacji był spokojny, martwy i myślący, jednocześnie jednak niewprawny obserwator zauważyłby obfite, bądź mniej wyraźne wypieki na policzkach całej czwórki. Lewarek zmiany biegów połyskiwał świeżym potem, lecz spostrzeżenie to mogło już należeć do wprawnego obserwatora, którym był On. Siedział na tylnim siedzeniu za kierowcą i zastanawiał się jak kurwa (!) doszło do tej sytuacji w jakiej się znaleźli i na co Oni wszyscy są kurwa gotowi! Jak ich działania w niedalekiej przyszłości wywrą niewyobrażalny repertuar myśli, zachowań, poczynań na Nich samych. Już dłuższą chwilę nie patrzył na żadnego z Nich, a tępo zwiesił wzrok na przybrudzonym świetle parkingowej latarni. Od chwili Jego wejścia do samochodu minęło paręnaście minut,nikt natomiast przez ten czas się nie odezwał. Durnowaty, jak na tę chwilę, głos Marka Niedźwieckiego dobiegający z radia, zaczął pobrzemiewać coraz ciszej, aż zakończył swój żywot charakterystycznym kliknięciem pokrętła potencjometru. Kierowca, ksywa Biały, serwując w ten sposób omszałą ciszę Im wszystkim, zawiesił swe puste i twarde spojrzenie na każdym z Nich, po czym poprawił swe ciało w fotelu, spoglądnął przed siebie zawieszając wzrok "gdzies", i przekręcił kluczyk w stacyjce. Powoli wytoczyli się z parkingu, a pomarańczowe światła ulicy nocą obmywały w sposób regularny postaci w samochodzie. Gdy zamknął oczy wydawało mu się, że te liźnięcia światłem powodują dodatkowe doznania akustyczne. Jak później, po wszystkim, siedząc na balkonie i paląc papierosa przypomniał sobie wszystkie zajścia z tamtej pamiętnej nocy, głos tych świateł pamiętał najlepiej. Dla Niego wtedy tak naprawdę wszystko się zaczęło. Po otwarciu oczu z chwilowego niebycia w bycie, po przebudzenie z letargu, adrenalina zaczęła być wlewana wiadrami do kotła w jakim się znaleźli. Począł wciągać powietrze nozdrzami tak wielkimi haustami i tak zapalczywie, aż obrócił się w stronę swoich kompanów czy zauważyli nagły przypływ nieznanych mu dotąc odczuć i zachowań. Gdy ujrzał ich profile i pojawiające się na nich co jakiś czas załamania świateł, przekonał się, że wiele ich w tym momencie nie dzieli. Łączy Ich wszystkich rwetes, który wkradł się w Ich ciała graniczący z logicznym wariactwem. Zmysły zdobyły prym i jakby wyciągnęły dodatkowe aparaty pomiarowe. Świat nagle i powoli stawał się bardziej miękki, mięsisty, wilgotny, a na samym końcu krwiożerczo pożądany. Logika i proces już tak niedługo przeprowadzonych czynności poczęły janos nakreślać każdą sekundę zachowań. Wizualizacja tych strasznych czynności, które zaraz miały mieć miejsce była już nad wyraz wyraźna dla każdego z Nich. On to widział i czuł! Jechali już coraz węższymi uliczkami, klucząc, wydawać by się mogło, bez celu pomiędzy blokami. Latarnie uliczne straciły swój metronomowy wydźwięk, a tylko raz po raz dźwięczały chaotycznymi spisanymi nutami. To o czym rozmawiali i do czego przygotowywali się miesiącami miało wydarzyć się za chwilę, już zaraz, to już trwało... 2006-10-16 08:04:06 skomentuj (1) ...tak... Odbijam ciemne natłoki mocy niewielką siłę zużywając. Spokojnie i z naciskiem odstępują ode mnie niczym zwierzęta postraszone ogniem. Brak wiadomości interpretacyjnych dlaczego z taką łatwością przychodzi mi przebywanie w jasności i cieple. Połączone ze sobą, ale odłączone grupowo myśli, kolekcjonują się w różnych, jeszcze nienazwanych katalogach. Odmienność i identyczność mięszają się ze sobą tworząc wielki potencjał, który z każdym dniem jest coraz bliżej obiektywnego wykorzystania. Aktywne zniewolenie za przyzwoleniem samoświadomości. Słowa, które przetaczają się za pomocą myśli zyskują miano zdarzeń, działań i zachowań. I tak też się dzieje. Nie "obok", nie "gdzieś", ale tutaj! Ze mną, u mnie, z Nią. Ciemne natłoki mocy to po prostu piękna noc gwieździsta w gwarze nieznanej przeszłości. Przeszłość przefiltrowana. Jest tu i teraz. Teraz, tu. Potem jest przyszłość, której świadomość miło otwiera oczy i mruczy kojąco. Tak właśnie. Dziękuję nie sobie i nie Wam. .mlk. 2006-08-16 11:49:55 skomentuj (4) ...życie gdzie wszystko... Określone meldunki spływają chaotycznie łącząc się w fale. Głowa miesza wszystkie zarejestrowane spostrzeżenia i nie wydaje żadnego raportu. Błąd wprowadzania danych? Zawirusowanie? Zły software użyty do kompilacji i wyplucia pliku wykonywalnego? Pewne jest jedno, ale do tego głowa używa schematów - jest ciepło kompletnie. Mówiąc "ciepło", mam tutaj na myśli kuchenkę elektryczną rozgrzaną do czerwoności w porównaniu do temperatury powierzchni Słońca. Ściany skwierczą wcześniej nieznaną melodią, stal przypomina sobie swe narodziny w hucie, lodówka pokonuje jakiś odcinek kolejnego maratonu, a noc nie przynosi ulgi niczemu i nikomu. W takie dni zdarzają się rzeczy jak każde inne, jak każdego innego, zimowego nawet dnia - chciałoby się powiedzieć. Otóż nie! W takie dni rozciągłość jasności przyjmuję inne wymiary, magmowe, plazmowe, płynno-czynne; wilgotne na pewno. Człowiek używa swych kilku ograniczonych szarych komórek, i na tyle na ile go stać, próbuje przeciwstawić się "źródle życia". Śmieszne jest to, że wydaje mu się, iż jest w stanie okiełznać spływająco-spadający deszcz żaru. Jest w błędzie cholernym. Jak zawsze, jak przystało na naszą rasę, okłamujemy się chwilowo, stwarzamy otoczkę, w której wydaje nam się, że się poruszamy i nic innego z zewnątrz nas nie dotyczy. Ja nie próbuję z tym walczyć, korzystam z tego i cieszę się, aż na wyrost, na prawidłowe reakcje mojego organizmu. Teraz też jest gorąco, bardzo gorąco i kompletnie mi to odpowiada!... I nie mówię tutaj o pogodzie... .mlk. 2006-07-12 12:40:59 skomentuj (0) ...czasobycie... Uwielbiam uśmiech na mojej twarzy gdy otwieram nowy dokument notepad. Piękna biała czerń bije po oczach, zmienia wystrój całego pulpitu w komputerze. Uśmiech ten jest ironiczny, błachy, osłabiający gdy się głębiej mu przypatrzeć. Zbliża się koniec czerwca. Czas już nie zatacza takich kół jak kiedyś; długich, wyznaczających końce i początki roku szkolnego/studenckiego. Dziś czas płynie, jest formą lawy, jakiegoś ustroju, organizmu, który przez swą ciągłość znajduje się w innym otoczeniu. Brak wyraźnych odnośników nie pozwala nam skupić się na rzeczach, które dzieją się wokół nas, a my w nich uczestniczymy. Jest coraz szybciej, coraz rzadziej kojarzy się daty. Nie spogląda człowiek jak kiedyś na datę w prawym górnym rogu koło napisu "lekcja 32" w zeszycie. Czas przyjmuje wartości płynne, staje się coraz bardziej zbliżony do światła. Chwilowe dyslektyczne skoki, czy też zaburzenia czasoprzestrzeni nie pomagają tutaj do końca doświadczyć czy też docenić wartości przemijania. Można zadać pytanie, jaka jest recepta na to, aby czuć wielkość zdarzeń i "zapychać" nimi każdy dzień. Prostym sposobem, nasuwającym się poniekąd od chwili pierwszej, jest umiejętność przeanalizowania dnia, robiąc to każdego wieczoru. Spoglądnięcia na siebie oczami obserwatora i bycie kamerą, dla której głównym bohaterem jest własna osoba. Po codzienno-wieczornych eskalacjach i ekshibicjoniźmie "ja tu i tam", dochodzi się do wniosku, że w gruncie rzeczy, można tam znaleźć tą chrupkość i twardość marchewki wyciągniętej właśnie z ziemi. Można zobaczyć i poczuć jej kształt, kolor, zróżnicowanie. Sęk dębowy w tym, aby potrafić w bardzo dokładny i analityczny sposób spojrzeć na niby cały czas to samo warzywo. Zbliża się jakaś godzina. Zbliża się jakaś kolejna chwila, której może nie przeżyjemy w dokładny sposób, jeśli jej nie przemyślimy... po paru godzinach. Umiejętność bycia kamerą umiejscowioną w małym,zdalnie sterowanym helikopterze wykonującym zdjęcia jak z filmu Matrix, mamy piękny horyzont własnych zachowań na tle otaczającego nas świata. Kimże my jesteśmy? Jesteśmy organizmem z odpowiednią temperaturą ciała, który posiada w sobie kilkukilogramowe urządzenie, które przetwarza nas w środowisku. Kupienie bułek na śniadanie, jazda na rowerze, przechodzenie przez ulicę. Cały czas gdzieś jesteśmy, bez końca, gdy nasze serce bije zabieramy trochę powietrza i miejsca na planecie. A w tym momencie zwymiotowałem myśląc o czym ja pisze. Bzdury gonią się jak charcujące myszy wokół miotły. Nieumiejętność skupienia się na czymkolwiek przybiera kształty rozlazłej plazmy. Innymi słowy, pierdolę trzy po trzy, gadam bzdury. Żegnam więc :). 2006-06-25 20:27:34 skomentuj (0) ...10 hektarów i pal wysokości 100 metrów pośrodku... Nakreślał, przekreślał, wykresłał swoje miejsce, w swoim życiu uczuciowym. Odbijał się od różnych miejsc cały czas podążając tym samym korytarzem. Tunel ów nie miał szans zakończyć się światłem, mdłym nawet. On tak naprawdę chyba nie istniał naprawdę. Gdy zrozumiał, że jest to najprostszy z możliwych wytworów jego wyobraźni, roześmiał się szyderczo w stronę korytarza. Jakże prosto i nagle doszedł do wniosku, iż cały ten czas kilku miesięcy błądził jak ślepiec po łąk hektarach. Okazało się, że wystarczy dosiąść odpowiednio wysoko zlokalizowanego punktu obserwacyjnego, aby odnaleźć nową drogę. Od tego momentu nawet spacer do końca tego korytarza okazał się nieznaną dotąd przyjemnością. Poznali się w okolicznościach zwykłych przy lekko zachmurzonym, jesiennym niebie i cieple Słońca umiejscowionym w kostce brukowej. "Poznali się" to może za dużo powiedziane, nie bądźmy znowuż tak dosłowni w interpretacji słów! Pisząc o tym, mam tutaj na myśli tylko werbalną wymianę swoich imion. Nic poza tym. Dni mijały wyznaczane przez tą samą godzinę kursowania autobusów MPK. Minęło dni tych parę. Dzięki ogromnej, powietrznej, niewidocznej i nic "nieważącej" dłoni spotkali się ponownie. W okolicznościach odmiennych, ścian białych, głośnej muzyce, wódce, ludzi, hałasie (nie mylić z chaosem!). Chaos jednak nastąpił, acz z początku niezauważalny nawet dla tej niewidzialnej dłoni. Chaos pragnień, dążeń, sensów, jakości, oczekiwań, spostrzeżeń, interpretacji, porozumień. Wyszło na to, że wszystko globalnie pośród ich dwojga nie potoczyło się czasoprzestrzennie korzystnie. Uczucia zaczęły mięszać się z mięsem dnia codziennego i tak powstała góra maku z piaskiem. "Na początku był chaos", w tym przypadku "pod koniec". Nadinterpretacja, brak jasnych i sensownych dialogów, otumaniona wyobraźnia, zbierały tragiczne w skutkach żniwo. Objętość myślowa tego jednego, dotycząca ich dwojga rozpostarła swe chmury nad nieznane dotąd, nigdy niesprawdzone, obszary kosmosu. Wnioski jednak wyciągać było trzeba, bez wniosków myślenie nie ma sensu. Nie myśleć nie mógł, nie kończyć nigdy nie potrafił. Myślał więc, wyciągał i... się wciągnął! Wchłonął go, niegroźny na początku, mały wir w niewielkim jeziorze. Ot, wirek taki, który powstał przy pomocy patyczka myślowego. Z upływem czasu wir pochłaniał go coraz bardziej, stracił poniekąd nad nim panowanie. Jedyne co pamięta to jedno stwierdzenie: Pozostaje się tylko utopić! Tak właśnie znalazł się w tym ciemnym korytarzu. Nagi, przestraszony, samotny. Dalszą część wszyscy już znamy. Dalszej części nie zna jeszcze on. Przestał wierzyć w niewidzialne ręki, zaczął wierzyć w ciężką pracę nad sobą... dla siebie, dla innych... Wierzyć, nie nadziejować! - krzyczał uradowany, a głos ciepło odbijał się wewnątrz korytarza... .mlk. 2006-05-06 18:59:10 skomentuj (3) ...nic z tych rzeczy... rozgałęzione macki mej świadomej nieświadomości sięgają w bardzo ślisko wyglądające, nieznane horyzonty. odpędzam od siebie myśli niechciane przez racjonalizm oraz przez uczucie dalekie ode mnie. opędzam się od nich jak od much - tylko na chwile i nieefektywnie. czy ja potrzebuje pomocy? czy ja nie wiem co robie? czy ja nie chcę robić tego co chciałbym robić? pragnąć to źle? życie ma jednak zajebistą cechę. czasami dzieją się w nim takie rzeczy, które są w konfrontacji ze sobą, a pochodzą od tego samej osoby. cóż za trywialność, prostota i przez to komplikacja jakiejkolwiek implikacji docelowej.chcieć mi się śmiać, śmiać się zacząłem. więc czemuż do jasnej anielki, jeśli zachce mi sie czegoś innego, mam tego nie robić? amon tobin, wszedł niczym tępy nóż w rozgrzany mózg. blah! goldeneye buszuje swym sub bassem, a ja wciąż siedzę, palę papierosa, ruszam nerwowo prawą nogą, z pewnoscią fundamenty bloku to odczuwają. nadszedł ten dzień, w którym znowu sie z lekka zagmatwałem,pogubiłem. zamyślam się zbyt często na jeden temat. rozmyślam, gmatwam, szukam błądząc. ah! stare czasy sie przypominają, tylko teraz jakoś łatwiej, spokojniej, niby tak samo, ale jakoś inaczej. haha! kocham używać słów "jakoś", "gdzieś" "po coś" itd. one w sposób bezprecedensowy wyrażają moje dążenia. brrrr, aż się włos na głowie jeży, a oddech brzmi rybą w pomidorach. tosca wprowadza w trans, w cztery na cztery, w osiem na osiem, w najprostszą muzyczną matematykę podszytą tłem, które słychać, gdy chce sie je uslyszeć. szukając natchnienia patrzę na balkony, patrzę na te biale wypusty, z czerwonej miazgi. jeden z nich nie jest biały, jest zardzewialy, tylko jeden, a wszystkie inne nie. przypadek? nic z tych rzeczy. użawam uważając.myślę o dwóch przyjemnych uczuciach naraz. w pewnym sensie jest to jedno i to samo, ale nie żyjące wspólnie, a na przeciwnych biegunach. jakżesz ciekawa, kolejna rozpacz! to samo, ale całkiem inne. identyczne, ale kompletnie różne. haha! pisząc to wszystko, śmieje się sam z siebie. podświadomość... tam szukam początków moich zagadkowych zachowań, tam muszą być odpowiedzi... i o dziwo często udaje mi się właśnie tam je znaleźć. tym razem również. potafię sobie odpowiedzieć dlaczego tak sie dzieje. dj shadow i jego remix, wokal wyestetyzowany, sfiltrowany, lekki wrzut drumowej perkusji, ale jakże spokojnej i tło tworzącej, a nie beat. pływające dźwięki, a na nich wokal na łódce... muszę kończyć, bo wciąż nie chcę powiedzieć znaczeń i wniosków, które mam na końcu języka, tylko język trzymam za zębami. mocno i stanowczo... na razie. nie napisałem nic od roku, przepraszam, nie napisałem nic od chwil paru... przypadek? nic z tych rzeczy... .melkor. 2005-06-27 21:16:20 skomentuj (9) brylka nad wisla odkad zaczalem spedzac kilka godzin dziennie mego cennego zycia w bryle nad wisla, moje dzialanie, ktore mialo na celu cos wiecej niz tylko spanie, jedzenie, bawienie sie, uczenie itp. akcje potrzebne do prawidlowego rozwoju czlowieka, heh./ odtad wlasnie skonczyla sie, mozna powiedziec, moje male macanko, tudziez klepanie po tylku, szkonczyla sie moja przygoda z pisanie. blah! 2005-06-21 09:50:30 skomentuj (0) ...ja - teraz... boje sie chyba pisac, jestem teraz bardzo ciekawy tego stwierdzenia,poniewaz nagle wpadlo mi ono do glowy, a tak na powaznie to jest chyba do pewnego uzasadnienia. sprawdzenia, pomacania, dotkniecia problemu, bo tak wyglada, ze jest co dotykac... jest to z pewnoscia bryla o zroznicowanym ksztalcie, bardzo trudna do wyliczenia objetosci, ciezaru, gestosci..., zagrozenia. chcialbym sprobowac ja teraz sklasyfikowac, uformowac z niej w miare przejzysty i widoczny prostopadloscian, szescian czy kule nawet. stalem sie leniwy. stalem sie leniwy w kwestiach, ktore kiedys mnie pociagaly, dawaly upust wszelkim emocjom, ktore szargaly moim cialem. udawalo mi sie w specyficzny sposob wypluwac moje problemy, dylematy, niezgodnosci zewnetrznego swiata z tym, ktory mam swojej glowie, w sposob prosty; poprzez pisanie, rozmawianie, czytanie, czasowe brukanie sie alkoholem czy zachowania nie majace sensu w jakiejkolwiek mierze. od jakiegos czasu, 6-10 miesiecy skonczylo sie to nieklamliwie. zaprzestalem wszelkich czynnosci wyladowawczych, tzn. mowiac scislej pozbylem sie dwoch bardzo waznych obrazow swiata i siebie, mianowicie pisania i czytania. nie jestem w stanie powiedziec co mna tak spowodowalo, jakie zdarzenie, sytuacja, rozwoj, powiedzialy 'nie' dla pisania i czytania. od wlasnie takiego czasu zaczalem stale pracowac, przestajac studiowac. nie mozna tego inaczej nazwac, poniewaz me mysli nie byly zaprzatniete studiami tylko praca. czy jednak jest to jakiekolwiek usprawiedliwienie? jesli w ogole szukamy 'usprawiedliwienia', bo moze tylko okielznania faktu slowami? wyznanie moje jest proste i bardzo zrozumiale z pewnoscia dla pewnych osob. broczac dalej w tych doszukiwaniach, nie sposob nie zatrzymac sie nad faktem, ze moje zycie zyskalo pewnej rutyny w swych poczynaniach i uzaleznilo mnie od dostosowywania stalosci zachowan z tymi, ktore wypadaja nagle, z kieszeni, z nienacka, zza rogu ulicy. to z pewnoscia skrocilo calkowity czas doby jeszcze bardziej. codzienne oddanie w czyjes rece dziewieciogodzinnego czasu zycia na dobe, uprawnia mnie do wykorzystania w inny sposob z pozostalej czesci, a wiec 15 godzin minus spanie. jak pewnie warto zauwazyc, ze najbardziej ucierpial na tym czas spania. skrocil sie on do 6h na dobe. pozostaje wciaz jednak 9h niczym nieskrepowanej swawoli, radosci, szalenstwa, masakry, spokoju, wszystkiego niczego... czegokolwiek! to duzo, to cholernie duzo. przez taki okres czasu mozna spotkac sie z przyjacielem w londynie, mozna spac te 9h (pamietajac, ze ma sie jeszcze 6 w zapasie! - szalenstwo sennej nocy), mozna przepierdolic caly dzien palac papierosy, patrzac sie w tv (ciagle przelaczajac, komentujac do siebie bzdure plynaca z kolorowego ekranu, co jakis czas irytujac sie gownem, ktore zen wyplywa, mowiac inaczej - lezec przed tv), mozna rowniez sluchac muzyki, miec sraczke, jezdzic na rowerze, odwiedzic dawno niewidzianego znajomego, na ktorego 'akurat' sie ma ochote, mozna wiele, wszystko, malo i nic. hmmm, ukazujac techniczne odejscie do sprawy, wyrzucajac z tych hipotez jakiekolwiek ciagoty; wlasne, zewnetrzne, lenistwo, charakter i bardzo duza mase innych nitek, kabli i lin laczacych nasze cialo z negatywnymi cechami naszego umyslu, dochodze do wniosku , ze dalsze pisanie na ten temat jest niemozliwe. zbyt wiele zaleznosci, przykladow, autopsji, obiektywizmu, mozliwosci szerokiego spogladniecia na sprawe - jest obecnych - aby moc jakikolwiek wniosek wysnuc, aby mozna uznac temat za zakonczony, badz wyczerpany. dlatego konczac, prosciej mowiac, nie pozostaje na etapie 'prztykniecia' tematu i pozostawieniu go we mnie w dalszej niepewnosci. pozdrawiam wszystkich, ktorych znam, przepraszam, ze czasami jestem nieznosny. .mlk. 2004-12-13 22:27:32 skomentuj (3) ...wachlarz... Kiedyś próbowałem zaanalizować fakt, czy kształt papierosowego dymu zależy od moich aktualnych myśli. Oczywiście sugerując się wcześniej postawioną hipotezą, sprawa wyglądała niepokojąco potwierdzająca moje przypuszczenia. Odległy szum samochodów na pobliskiej ulicy nie zagłuszał poruszania się dymu. Najpierw konwulsyjnie wydobywającego się jak głodny smok ze swej pieczary, a następnie rozpadający się na nieokreślone części w otaczającym mnie powietrzu. Był spokojny pogodowo wieczór, a ja stałem na balkonie, z którego widać, gdy spojrzy się w lewo - jezdnię pędzących kawałków metalu, a na przeciw mnie duży, nowoczesny budynek z betonu. Myśli nie miały ujścia, dym uchodził w przestrzeń ponad mną. Skwierczałem razem z papierosem i odpowiadałem sobie na pytania, które pojawiały sie same, nieprowokowane przeze mnie. Nie potrafiłem uchwycić się żadnej konkretnej myśli a skakałem jak pchełki, w które każdy z nas grał za czasów młodości. Sens życia już dawno miałem określony, tak jak określone było wstawanie codziennie o tej samej porze. Odchodziłem od samego siebie, poznając siebie dzięki temu jeszcze lepiej i z innej strony. To mi się podobało, ale o ogarnięciu tych wydarzeń na razie nie było mowy. Lubiłem to, ponieważ nie uciekałem od tych zmian, od zmian, które zmieniły dosyć radykalnie moje codzienne życie. Dodały nowych trosk i radości. Doplusowało kilka skrzydeł na moim wachlarzu doświadczeń, wachlarzu który jednak nadal jednostajnie przynosił ulgę. Różnica była tylko w tym momencie, kiedy wszystkie skrzydła wachlarza pracowały równocześnie, wtedy czułem większą ulgę wśród upałów życia. Jednak kiedy pióra się psuły, dostawały dziur trosk i zmartwień, chłodzenie było jeszcze mniejsze niż przed wszystkimi wydarzeniami, które miały miejsce. Co mnie dziwiło? Dziwił mnie fakt, że tego chcę, że chcę coraz więcej listków na moim wachlarzu, listków które będą ze sobą współpracować i efektywnie oziębiać moje ciało w czasie każdego gorącego dnia życia. I tak oto moja hipoteza dotycząca kształtu dymu w stosunku do wydzielania moich myśli potwierdziła się. Dym zmieniał swój obraz w zależności od tego jak dobrze skonstruowanym wachlarzem dysponowałem. Wachlarzem moich uczuć, myśli, działań, życia... .melkor. 2004-05-30 21:25:59 skomentuj (1) ...woltyżerka... Stała w pozie, którą tak dobrze pamiętał, i którą tak dobrze kochał. Patrzył na nią przeszklonymi oczami. Nieszczęście, które malowało się w jego gestach, stracenie bezpowrotne, które malowało się w jego oczach i bezpruderyjny, nieobecny oddech, o którym nie myślał nikt z nich dwojga. Sytuacja doszła do momentu kulminacyjnego. Kilkumiesięczne wzbieranie zaczęło rodzić, czy będzie to dziecko, które oboje będą wychowywać, czy też takie, które ich rozdzieli na zawsze? Tak patrzyli jeden na drugiego, tak wiele jeden drugiemu chciał powiedzieć, ale w sytuacji kiedy akurat z tą drugą osobą się nie widział. Teraz, kiedy nadarzyła się ku temu okazja, gdy każdy z nich czekał na nią. zamarli w bezgestach i bezsłowach. Wielka, ciężka chmura z atłasu zaczęła powoli spadać i ogarniać ich jak zatopiona łyżeczka w kisielu. Robiło się coraz gnuśniej, a czym sytuacja rosła w swym bezsensie w sens odwrócenia się na pięcie, myśli wróciły na tor całkiem już inny. On myślał, że całe to zajście to jakas parodia, to jakiś teatrzyk, przybiera niepotrzebnie ogromne rozmiary, a przecież nie jest to czymś takim, żeby nie można było o tym normalnie powiedzieć! Ona była uparta, po prostu. Zniechęcała go sama do siebie, bo taka była. Słońce zgasło na chwilę by zaświecić się po chwili krótkiej. Można powiedzieć, że taśma została cofnięta. Oboje padli sobie w ramiona. Przeideowane dzieciaki, widzący w drugiej osobie kogoś całkiem innego niż w rzeczywistości. Teraz ściskają się namiętnie, prawie płaczą, szczęśliwi jak stado psów czujący jedną sukę. Czy choć jedno z nich zauważyło tą własną tragedię? Może tak, może nie. Jeśli tak, to szybko zagłusza ją idealizacją, przeszłością i powrotami do myśli o przyszłości wspólnej. Banał, krótkotrwały, działał! .melkor. 2004-05-21 13:00:44 skomentuj (2) ...efekt jednakowy... Każde słowo było płatkiem śniegu. Zdania chaotycznie ścieliły się po drzewach, chodnikach, ulicach. Cisza była, oddech mierził ją nieskończenie iw w równych odstępach czasu. Pies tępo patrzył, ale ostro nasłuchiwał. Z pewnością jednak nie słyszał topniejącego śniegu od oddechu małego chłopca. Krew wtapiała się w chłodny pokot białego dywanu, ocieplała go. Chlopiec odpoczywał ostatni raz w życiu. Nigdy nie lubił leżeć bezczynnie, teraz musiał. Nadal jednak nie robił niczego wbrew sobie, tym razem również. Chropowaty kamień niewielkich rozmiarów leżał obok niego. Przylepione kilka słosów do jego zimnej powierzchni bezpowrotnie łączyła go z ciepłym jeszcze chłopcem. W tym momenci zmarło 157 afrykańskich dzieci, ale nie z zimna i nie od uderzenia kamieniem. .melkor. 2004-05-21 12:44:32 skomentuj (1) ...nania... nania do mnie przyjechala. ale to nie niania jest niania jednak tylko wtedy kiedy sciska mnie. niania tuli, lecz za piniondz niania dba o ladny wyglad niania sprzata, bawi, uczy niania pracy ma po uszy. ale to jest moja nania zadna niania, tylko nania. nania mi sie podpisala, ale szybko skasowala 2004-05-02 18:29:05 skomentuj (2) ...sprzątanie... Pewnego razu spotkała mnie osobliwa historia. Sam ją zaaranżowałem, nie spodziewałem się jednak jak się może rozwinąć, w jaki sposób będzie przebiegać, a co gorsza - jak się zakończy. Szedłem chodnikiem i postanowiłem pytać mijających mnie przechodniów czy nie zechcieliby za odpowiednią (wysoką) opłatą trochę posprzątać. Odkurzyć, powycierać brudy, przetrzeć jakieś stare naleciałości, umyć i wyczyścić... wnętrze mojej głowy. Jak można łatwo wywnioskować chętnych było niewielu, a żeby być bliższym prawdy, nie było ich w ogóle. Po dobrych godzinach poszukiwań znalazła się pewna młoda kobieta, która od razu mi odpowiedziała: "Jasne! A kiedy i za ile?" Takiej właśnie osoby poszukiwałem! Poszliśmy więc do mnie. Dziewczyna mówiła bardzo mało, a jeśli już, to z wielkim entuzjazmem, a do tego każde zdanie kończąc wybuchem balona gumy do żucia. Usiadłem na środku oświetlonego dziennym światłem pokoju, wziąłem duży, ostry, ząbkowany nóż do chleba i najspokojniej w świecie rozpocząłem proces otwierania mojej czaszki. Kobieta na wszystko patrzyła ze spokojem, balonów już nie robiła, a w lewej ręce trzymała rurę od odkurzacza. Gdy mój mózg zabłysnął swym brudem na tle ścian, zleciłem dziewczynie zacząć odkurzanie od strony potylicy. Posłusznie włączyła odkurzacz i bardzo dokładnie, i powoli czyściła mój mózg z brudu. Następnie wzięła szmatkę, przetarła wszystko na mokro, wykręciła ten kawałek materiału, przemyła raz jeszcze. Trzeba przyznać, że była dokładna, a co ważniejsze bardzo delikatna. Później wszystko wytarła suchą, miekką, bawełnianą szmatką, która zmieniła trochę kolor z białego na jasny odcień szarości, i powiedziała: "gotowe, ja już muszę iść", i wyszła. W głowie miałem pustkę. Zostałem wyczyszczony, wymazany, nie miałem świadomości, że ja to ja. Byłem brudnym człowiekiem - stwierdziłem. .melkor. 2004-04-22 21:14:24 skomentuj (0) ...psucie... Nieznany będzie mówił o nieznanym. Tylko ktoś może mówic o czymś, o czym jest mocno przekonany i posiada ku temu predyspozycje. Dlatego ktoś kto jest kompletnie nieznany będzie opowiadał o tym, czego nie zna. Nie wie co nim rządzi, jakie siły kierują jego poczynaniami i ogniskami emocji oraz uczuc. Odpadł z życia jak tynk ze ściany. Nie ma powrotu, jest inny wymiar, jak się okazuje - bardziej przyziemny. Bardziej nijaki i zawsze pachnący już tak samo. Jeszcze tylko poczekac, aż deszcze zmyją z niego łososiowy kolor farby. On nie uciekał, tak się po prostu stało. Po prostu jakieś pyzate dziecko oderwało go od ściany. Przynajmniej przy dobrej pogodzie mógł oglądac Duzy Wóz. Nieznane są koleje i odmiany emocji. Stare, wyświechtane powiedzenie, że wszystko zmieniło się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, szyderczo śmiało się w jego głowie. I miało prawo tak się śmiac. Doprowadzac do obłędu te same myśli, obłędnie bronic się przed tym, czego czuc nie chciał. Uciekac? - podstawówka. Stawic czoła, walczyc? - trumna. Więc co pozostaje? Chełpliwie siorbac przyjemnośc i radośc z tego co zostało. A zostało trochę mniej. Nadwyrężony samochód z rozbitą szybą, bez zapasowego koła, bez większych perspektyw na pełny bak. Tak wyglądał pojazd, który wpadł w poślizg na oblodzonej jezdni. W tej sytuacji mechanikami są tylko on i ona. Oboje o samochodach wiedzą niewiele. Teraz przyszedł czas, sytuacja nakazała, aby się czegoś o reperowaniu nauczyc. Czy jednak tego chcą? Czy chcą dojechac nie wiadomo gdzie w rozsypującym się gracie? Jemu zawsze podobał się zawód mechanika, ale nie miał smykałki. Jej? Nigdy nie znalazła się w takiej sytuacji. Na razie jadą powoli, uważając żeby nie popsuło się coś jeszcze... .melkor. 2004-03-18 16:38:56 skomentuj (2) ...przypelza... do sklepu wchodzi mężczyzna miętosząc czapkę w obu dłoniach, i mówi: - poproszę pół kilo karkówki - ale to jest spożywczy - odpowiada pani z nadwagą o przyjemnej, babcinej twarzy - dzięki bogu! - krzyczy mężczyzna - to poproszę kostkę masła, na oleju zwierzęcym. wraca do domu, żona, dwa razy tęższa od niego, patrzy mu świdrująco i ze złością w oczy, mówiąc: - znowuś żarł mięso! - nie, przysięgam, ani kęsa nie wziąłem! - kłamiesz! chuchnij! mężczyzna posłusznie wydobywa z siebie ciepły oddech kierując go w stronę opasłej głowy małżonki. - masz szczęście, łachudro, a teraz siadaj i jedz póki jeszcze ciepłe mężczyzna siada, już z większa pewnością siebie, oblizuje przy tym tłuste jeszcze wargi. 2004-03-13 17:50:14 skomentuj (0) ...milczenie... milczę, bo boję się krzyczeć milczę, bo boję się jej lub mnie milczę, bo na coś czekam milczę, bo obawiam się popsuć milczę, bo i tak nie naprawię milczę, bo chcę tak robić milczę, bo oczekuję wsparcia milczę, bo czekam aż noc nadejdzie i zasłony zejdą się ze sobą milczę, bo dnia nie lubię milczę, bo tak jest łatwiej i tak sobie pomilczę... bylebym nie oduczył się mówić .melkor. 2004-02-05 18:18:21 skomentuj (2) .nałóg. do sklepu wchodzi mężczyzna miętosząc czapkę w obu dłoniach, i mówi: - poproszę pół kilo karkówki - ale to jest spożywczy - odpowiada pani z nadwagą o przyjemnej, babcinej twarzy - dzięki bogu! - krzyczy mężczyzna - to poproszę kostkę masła, na oleju zwierzęcym wraca do domu, żona, dwa razy tęższa od niego, patrzy mu świdrująco i ze złością w oczy, mówiąc: - znowuś żarł mięso! - nie, przysięgam, ani kęsa nie wziąłem! - kłamiesz! chuchnij! mężczyzna posłusznie wydobywa z siebie ciepły oddech kierując go w stronę opasłej głowy małżonki. - masz szczęście, łachudro, a teraz siadaj i jedz póki jeszcze ciepłe mężczyzna siada, już z większa pewnością siebie, oblizuje przy tym tłuste jeszcze wargi. .melkor. 2004-01-29 00:52:52 skomentuj (1) ...Życie to pestka... Podlewałem je stosunkowo regularnie. Miały zawsze tę samą wilgoć, ten poziom mokrości na nabrzmiałym kawałku papieru toaletowego. Z pewną dozą przesądy zostały zaaplikowane w wilgotne środowisko - w noc, kiedy księżyc rysuje na niebie idealne koło. Były cztery. Niby pochodzące z tego samego źródła, a każde z nich było oryginalne w swojej budowie. Postanowiłem umieścić je w czworokątnym, porcelanowym pojemniku wielkości kostki masła. Po pierwszej nocy wszystkie, bez wyjątku, troszkę napęczniały pojąc się wodą, którą dostarczyłem im wcześniej. Dni mijały swoim własnym tempem, dla każdego z nas odmierzanym inaczej, a i tak każdy miał tę samą godzinę na zegarku. Nadszedł pamiętny weekend, weekend zagłady, klęski, totalnej masakry, prawie ludobójstwa, czterokrotnego! Od piątku bawiłem przednio, szalejąc w rozpuście, hasając na nieakceptowanym społecznie zachowaniach, oblewając się alkoholem, macając tyłki i cycki przechodnich kobiet, upajając siebie, a nie wiem czy je, wyimaginowanymi historyjkami. Rżałem jak zażynana świnia, pławiłem się po obleśnej stronie używek, ćpając, pijąc, paląc. Było przepięknie, noc z dniem zlewała sięw jedno. Weekend utrzymał swą unikalną płynność w chaosie zachowań. Niedziela, powrót na swe pielesze, do miejsc gdzie łóżko pachnie tak jak zawsze (pocikiem), gdzie mechanicznie domykam szafkę, która po chwili znowu sama się otwiera. Gdzie wszystko ma swoje własne zasady, gdzie jest początek i koniec wielu zdarzeń. Przypomniałem sobie o mojej czwórce nasionek grejpfruta, które wylegiwały się w maselniczce. Jakże okrutny widok dotarł do mych oczu! Wyglądały jak gdyby leżały na spalonej słońcem pustyni, gdzie o wodzie słyszano od czarnych pradziadów, którzy kiedyś tu ponoć mieszkali. Tak było w istocie. Zabiłem czwórkę dzieci moich, robiąc to nieświadomie, ale to jednak ja odrąbałem im głowy, ja a nie kto inny. Wtedy, jak w każdym nowym doświadczeniu życiowym, doznałem olśnienia w postaci: Maćku, dzieci jeszcze mieć nie możesz, jesteś zbyt nieodpowiedzialny! .melkor. 2003-12-12 11:09:11 skomentuj (4) ...walczyk zycia... Leżał okiełznany przez alkohol. Niesubordynowany przez własne podejście do tej używki. Nieświadomy niebezpieczeństw, ni zła naleciałości. Odkrywał coraz to nowe, czarne zakamarki tego parszywie przyjemnego nałogu. Opuszczony przez wszystkich, znaleziony przez przeźroczysty płyn, który ciepło buszował po kwantach jego ciała. Dla niego nie było potrzeby dawać, braż, oczekiwać, próbować sprostać, kłamać, czy mówić prawdę. Na każde zawołanie, na każdą porę. Ostatnio nawet sam do niego wołał, że chce wpaśc w niczym, z pozoru, nieobiecującą przygodę. Z czasem właśnie coraz więcej obiecywał, a coraz mniej dawał. Ba! Brał nawet. Przywłaszczył sobie jego kłucie w sercu, nauczył tęsknoty, poranno-złego samopoczucia, suchości warg, smaku śniadaniowej kanapki, czy tępego wzroku w łazienkowym lustrze. Nauczył również pozbywania się przedmiotów, które kiedyś stanowiły dla tego chłopca wartość, a teraz zostały zamienione na częstsze mitingi z Nim, Nią, Niczym... Im spotykał się z Nim częściej, tym mniejszą radość sprawiały mu owe dzienne i nocne rausze. Nie umawiali się już na konkretne godziny, wpadał kiedy chciał, o różnych porach. Zdarzało się, że nie sam, ale taszczony przez ludzi, których chłopiec kiedyś znał i nawet z nimi blisko był. Cały czas pozostawał w dwóch związkach, z płynem i z kobietą. Jednak czas poświęcany im obojgu, w konfrontacji ze sobą, przechylał szalę na rzecz tego pierwszego. Leżał kiedyś samotnie w pokoju, już po spotkaniu ze szkłem i roiły mu się po głowie urywane senstencje, i obrazy. Milk and 2 sugars i... krwistoczerwone usta Twoje jeszcze poproszę... Ust nie dostał już nigdy, mleko czasami, a cukier jeśli już, to tylko rozpuszczony w herbacie. Dostawał natomiast jedną i tą samą rzecz codziennie: nauczkę i wódkę. Wtedy dopiero zaczynał rozumieć prawdziwy i brutalny sens słów, że żyje się tylko raz. .melkor. 2003-12-12 11:08:25 skomentuj (0) ...2 dni... Po dwóch ostatnich dniach zrozumiałem/dostrzegłem kolejne, nowopoznane zjawiska. Jeszcze raz było mi dane doświadczyć miłości pomięszanej ze wściekłym pożądaniem. Uwielbiam to, gdy w krótkiej chwili dopada mnie ślepa miłość, a za chwilę niewidoma żądza. Budują one wzajemnie nieznane mi dotąd schody ekstazy i uniesienia duchowo-cielesnego. Gdy całując szyję i jej okolice, gdy jeżdżąc i maltretując dłońmi jej schludne, seksowne ramiona, myśli moje nie istnieją, to wszystko ukierunkowane jest na "czucie", uczucie pożądania każdego z możliwych, aż do granic wyobraźni umiejscowionej w rzeczywistości. Wytłaczam powietrze przez zaciśnięte zęby i zbryzguję mą miłość mokrym oddechem. Parskam jak koń, który jest świadomy rychłego opuszczenia swego stajennego boksu. Tłoczę moją moc i zawiść niemożności otarcia się choć o granicę totalnego szaleństwa. Chwilami źrenice w traumatycznych ruchach znikają pod oczodołami, ciało już nie wie w jaki sposób może wyżreć z siebie tą trojańską rządzę. Miłość leży pode mną, po całym ciele czuje jej chaotyczne, ale mające sens ogólny, ruchy. Kolano, łokieć, dłoń, dwie dłonie, uda, paznokcie, uda, uda, paznokcie. Szaleństwo! Oboje popadamy w duchowe ekstazy nakręcane przez fizykalność naszych ciał. Nikt z nich nie myślał o tym, że kiedykolwiek może to dobiec końca Nikt z nich nie wiedział kiedy to się zaczęło, a kiedy się skończy Nikt z nich nie miał nic do zarzucenia swemu partnerowi Każdy z nich kochał mocno i mocno był kochany On na drugie miał Ania, a ona Maciuś .melkor. 2003-12-12 11:07:23 skomentuj (0) |